I Nocna Maniacka Piątka

I Nocna Maniacka Piątka

Wczoraj odbyła się I Nocna Maniacka Piątka na którą

zapisałam się (jak zwykle) przez przypadek. Dystans do pokonania, jak sama nazwa

wskazuje, to całe 5 km. Biuro zawodów było czynne od 18 do 21, ale byłam na

miejscu jakoś o 20:30, bo co miałabym tam robić? I tak odbiór numeru poszedł

bardzo szybko i przez kolejną godzinę + 20 minut nie wiedziałam co ze sobą

zrobić. Zabijałam czas słuchając muzyki i szwendając się z kąta w kąt żeby nie

zamarznąć (tak, było zimno, miałam na sobie kurtkę i cała się trzęsłam). Jakoś

o 21:30 oddalam rzeczy do depozytu i zaczęłam rozgrzewkę. No i o 22:00 start. Ruszyłam

jak zwykle dość szybko – nadal nie potrafię wolniej. Ale to było tempo ok. 10

km/h. I w zasadzie stopniowo przyspieszałam. Jednak całość wyglądała mniej

więcej tak: Start! Biegnę, biegnę, biegnę, biegnę i… biegnę. Jak długo jeszcze?

Jest! 1 km. Człapię się dalej, i dalej. %#@%^#! Ile można?! 2 km. Dalej już

było z górki i te oznaczenia dystansu pojawiały się szybciej. Mniej więcej od 3

km przyspieszyłam konkretniej. Mijając 4 km, przed trybunami jest niewielki

zegar pokazujący datę i godzinę. Patrzę a tu 22:21. Szok. Pomyślałam że jak

docisnę to zmieszczę się w 27 minutach i poprawię czas. To lecę… Zwolniłam

odrobinę na podbiegu przed mostkiem, ale później leciałam jak poparzona chociaż

pojawił się bardzo nieprzyjemny ból brzucha i zrobiło mi się niedobrze. Jednak

nie zwalniałam. Jestem kilka metrów przed metą, patrzę na czas a tam co?

Pieprzone 30 minut! Pytam się – jak?! Jak do cholery 30 minut?! Jestem pewna że

cały dystans pokonałam szybciej niż 6:00 min/1 km. Żałuję że nie wzięłam ze

sobą telefonu żeby sama zmierzyć czas. Wynik? 30:41 (30:27 netto). Niemożliwe, nie zgadzam się i koniec.

Jeśli chodzi o „pakiet startowy” to każdy dostał numer

startowy, oczojebne opaski na rękę/nogę/zapnij gdzie chcesz + świecące, fluo

badyle (które nadal się święcą a minęła prawie doba). Na mecie obwieszali nas

dość nietypowymi medalami czyli taką mrugającą żaróweczką (menda też nadal

działa. Mam nadzieję że nie dostanę jakiegoś wstrząsu od tego migania). 

Oprócz

tego można było dostać coś do zjedzenia i picia (piwo lub napój), ale nie

skorzystałam bo ostatni tramwaj miałam o 22:51, więc jak tylko wpadłam na metę

to od razu poszłam do depozytu po rzeczy i naginałam na przystanek. A poza tym

piwo to ja wypiłam przed biegiem :P

Było fajnie chociaż biegłam sama, ale to już chyba tradycja

powoli. Kolejny start dopiero we wrześniu. A teraz muszę zmodyfikować znowu

cały plan i wprowadzić trening siłowy 4 razy w tygodniu + bieganie. 

Nawet znalazłam się na jakimś zdjęciu - po lewej takie małe z numerem 401 :P

(Źródło: lepszypoznan.pl)