Podsumowanie: lipiec

Podsumowanie: lipiec

Lipiec był trochę ubogi w treningi ale w niedzielny poranek 20 lipca nie byłam w stanie się podnieść - po roku siadły mi plecy. Całe szczęście nie ścisnęło nerwów jakoś mocno i na drugi dzień chodziłam prawie wyprostowana. 

Odpuściłam nawet pilates, ale wolałam jeszcze odpocząć i pozwolić plecom dojść do siebie. Dopiero 4 dni później zrobiłam trening. Miało to być 5 km + rytmy 5x100 m. Wyszło więcej bo trochę źle zaznaczyłam sobie trasę no i te rytmy też nie takie, bo bieżnia którą mam przy szkole niedaleko domu ma 60 m, więc wszystko robiłam podwójnie. To był deszczowy dzień, więc założyłam kurtkę chociaż nie wiem po co - byłam mokra po same gacie. Będąc już na bieżni miałam małą widownię w postaci pana palącego peta za płotem który pukał się w czoło. Bo przecież kto biega w te i we wte kiedy leje? 27 lipca też był deszczowy. Jakieś 20 minut przed wyjściem zaczęło grzmieć. Już nie czekałam tylko wyszłam od razu żeby zdążyć przed ewentualną ulewą. Znowu patrzyli na mnie jak na debila bo nie dość że zaczęło lać to burza taka że ho ho. Stwierdziłam że nie będę ryzykować i nie zrobię tych 10 km, bo jeszcze we mnie walnie i tyle z biegania. Przy stadionie skręciłam w Grunwaldzką zamiast biec prosto, ale zrobiłam jeszcze rundkę na Arenie, więc i tak wyszło trochę ponad 9 km. Brat nawet nie skomentował mojego wyglądu jak weszłam do domu, a dosłownie lało się ze mnie - to że ktoś mnie oblał wiadrem wody to mało powiedziane. Teraz już plecy są w miarę sprawne, ale na razie zmniejszyłam ciężar na treningach. Jutro kolejna dycha do zrobienia i bardzo chciałabym ruszyć dupsko o świcie i być już w trasie najpóźniej o 5:30. Ale chyba nie ma takiej siły która mnie wyciągnie z łóżka tak wcześnie...